wtorek
Nowy sezon, nowy tytuł. Jakoś tak mam, że zawsze jak zaczynam od nowa pisać coś, zmieniam to choć trochę, by oddzielić się od przeszłości smutnej, która doprowadziła do zaprzestania wykonywania tej czynności. Znalazłam sobie cytat ze Stachury, starego dobrego, dobrze pasujący do mnie i do tego, gdzie mnie to pisanie może zaprowadzić. Przytoczę cały teraz, bo przecież to tak pięknie kończyć rok, dobrym kawałkiem do poczytania.
Ja się czuję bardzo bezpiecznie, jak jestem sam. Najwięcej. Bardzo mi jest dobrze ze sobą samemu. Ja od razu powiem temu, który mnie odkryje, żeby się na mnie nie gniewał, jak sobie będę odchodził trochę co jakiś czas.
Uwielbiam to: powiem temu, który mnie odkryje. Takie to proste, takie otwarte. Gdyby tak wyglądały związki, życie byłoby o wiele prostsze. Ul opisuje mi historie Wrocław in Love. Choć może nie Wrocław. Przecież wszędzie tak jest. Poles in love. Smutny to obrazek. Gdzieś tam między internetem, komórkami i pułkami pełnymi rzeczy na które nas stać, straciliśmy coś bardzo ważnego. Postulat na rok 2009: mówić prostymi słowami. Nie ubierać rzeczy, jak choinki, w piękności błyszczące. To jest tak jak w filmie Edge of Love. Vera ma miłość dwóch mężczyzn. Jednego, który mówi do niej poezją. To w końcu Dylan Thomas. Artysta, przyjaciel, jej pierwszy mężczyzna. A z drugiej strony? William Killick. Nie ma dla niej pięknych strof. Nie potrafi sprawnie obsypać różami poezji rzeczy, które są proste i czarno-białe. Kiedy cierpi, to cierpi. Kiedy kocha, mówi że kocha. I wszystko widać jak na dłoni. Myślę sobie, że jakieś dwa lata temu, wybrałabym Dylana. Now? Not so much.
Subscribe to:
Komentarze do posta (Atom)
0 comments:
Prześlij komentarz