czwartek

Istnieje pewien miejski mit, który głosi, że w święta współczynnik depresji znacznie wzrasta. Przyczyną tego jest moim zdaniem wolny czas, który został nam dany. Każdy z nas, poprzez nagromadzenie codziennych czynności nie ma czasu na proste i zwykłe myślenie o tym jak wygląda nasze życie, czego nam brak, czego potrzebujemy, i tak dalej. Nasze dni powoli sprowadzają się do prostego wzoru: wstawanie - szkoła/praca - dom - jedzenie/sprzątanie/relaksik - sen. Dni zaczynają przeciekać przez palce, ale jest w tym coś Zdrowego. Nikt nie ma idealnego życia, więc zapchane grafiki chronią nas przed zaburzeniami psychicznymi. Tak sobie myślę, że mnie na pewno. Co robię w święta? Zapycham się czynnościami bezużytecznymi. Każdy moment bez zajęcia przypomina o tym wszystkim, co tkwi gdzieś we mnie, o tym, czego nie chce się za bardzo wypuścić. Nie można przecież zabić wszystkich swoich demonów.

Myśl: czy lepiej jest udawać wesołość, by nie angażować bliskich w swoje problemy, skoro i tak wiemy, że nie są w stanie nam pomóc, czy też chociaż zrozumieć zarys tego co się z nami dzieje (myśl nie wzięta z autopsji:) żadne problemy mną nie targają)? A może lepiej pokazywać wszystkie uczucia? Ktoś kiedyś powiedział mi, że przeraża go czasem mój smutek, bo jest taki absolutny, trwa sobie ileśtam, i nie można go przerwać. A potem mija samoistnie, i zastępuje go wielka wesołość. Ale przez ten moment smutku, otoczenie nie wie co robić, czuje się "niespokojne". Może więc dla dobra otoczenia warto się posmucić w samotności? Taki chyba jest sens Dermatologii "Chirurgów" To miejsce które uspokaja, w którym można dotknąć swojego smutku i poczuć się znów dobrze.

0 comments: