środa
A jeszcze a propos tej knajpy, z dymem, wiśniówką i całą resztą przyjemności. Pojawił się tamtego wieczoru dość interesujący temat. Otóż: dlaczego wszyscy tak dziko i napastliwie pragną przypisać się do jakiejś wyraźnej kategorii? Zaszufladkować, zamknąć, ometkować? I to jeszcze w taki dziko fałszywy sposób: hej, czy mnie widzisz? jestem buddystką z komórką za 300 złotych i spodniami z Levisa! Czy nie można być wartościowym (przynajmniej na poziomie wartości jako cnoty samej w sobie i dla siebie) bez całej tej otoczki? Czy nie można wszcząć z kimś interesującej rozmowy, bez obarczania tego kogoś ciężarem własnego ego i swojej udawanej świetności? Zauważam coraz więcej uperfumowanych krzyków: zachwycaj się mną! jestem wspaniały! wyjątkowa! Męczy mnie to. Mogę powiedzieć za grupą Myslovitz: Mam to gdzieś. Czuję tak jakbym spał i gubił się- rozpuszczał mgłę. Myślę sobie tak po cichutku, że od czasu tego "odkrycia" o wiele bardziej lubię ludzi prostych i pozbawionych sztucznego smaczku. Ale to jest takie fajne: mieć wystarczającą ilość sił na bycie zwyczajnym. Na pasjonowanie się czymś bez sztuczności. I na robienie tego DLA SIEBIE a nie dla prestiżu czy generalnego uznania otoczenia. Ta zwyczajność (która paradoksalnie zwyczajnością wcale nie jest, ale nosić taką nazwę musi) przebija się przez szarość codzienności tak dobitnie, że czasem mogą ją rozpoznać nawet po pierwszym zdaniu wypowiedzianym przez daną osobę.
0 comments:
Prześlij komentarz