niedziela

Przedświąteczne szaleństwo w moim domniemanie złym i rozpustnym miejscu pracy. Jako, że nasza restauracja położona jest w jedynym w Opolu centrum handlowym, w weekendy przedświąteczne dochodzi do istnych napadów szaleństwa. Kupują wszystko, kupują, jedzą i wracają do swoich żyć. Parking pełen aut. Ludzie przepychają się pomiędzy choinkami, innymi zakupowiczami. I cała magia świąt pryska, bo ojciec wchodząc do centrum mówi do syna: wybierz sobie co tam chcesz pod choinkę. Nie mówię, że to grzech robić tam przedświąteczne zakupy, ale jakże piękne jest specyficzne szukanie rzeczy, które się wymyśliło specjalnie dla kogoś. Konkretne polowanie na przedmioty, o których wiemy, że sprawią komuś radość. Największym przekleństwem naszych czasów jest klient niezdecydowany (jakże częsty gość naszej restauracji). Znak rozpoznawczy: rozbiegany, bardzo zagubiony wzrok, otwarte usta i brak nawiązywania kontaktu wzrokowego ze sprzedawcą. Porozumiewanie się w monosylabach. Szaleństwo.

Inne przekleństwo: klient któremu się należy. Który wyciąga wymiętą stówkę i rzuca nam na tacę, bo przecież on płaci i on wymaga. Wydaje polecenia, nie prosi o jakieś zamówienie. Na "do widzenia" zwykle nie odpowiada. Zimny wyraz twarzy, i wyższość: bo ja pracuję za 8.50/h, w pracy bez przyszłości, a on ma na tyle dobrą pracę by szastać wymiętoloną stówką w restauracji fast foodowej.

0 comments: