wtorek
Jest wg mnie coś potwornie niefajnego w idei świąt. Nie lubię ich. Nie lubię tego całego zamieszania, przepychania przez ludzi, wciskania się w kolejki, westchnień i krzyków. Nie lubię ruchu na drogach i braku miejsc parkingowych. Nie lubię. Gdybym mogła i miała taką moc, święta obchodziłabym po nowym roku. W połowie stycznia najlepiej. Wtedy już wszystko wraca do "normy". Wtedy obchodziłabym wigilię, życzenia, prezenty i wszystko inne. Jakoś tak inaczej, intymniej i bardziej po swojemu. I bez głupich patetycznych farmazonów. Gdyby tak wszystko poukładać po mojemu, święta byłyby bardzo kameralne. Nikt nigdzie by nie gonił, nie załatwiał wszystkiego na ostatnią chwilę. Jest coś uroczego w obchodzeniu swoich własnych tradycji, swoich własnych wielkich dat. Takich, które są szczególne dla nas, które nam dają sens jakiś istotny. Wielka strata czasu- walentynki, dni kobiet etc. I to nawet nie jest silenie się na bycie anty, a całkiem zwyczajny apel człowieka zmęczonego tym, gdzie dotarła cywilizacja. Bycie anty też się wytarło. Ciężko być anty bez manifestowania tego wszem i wobec. A przecież bycie anty ma w sobie zaprzeczenie manifestacji wpisane tak ściśle, jak prawa i obowiązki obywateli wpisane są w konstytucję. Rozgraniczyć to wszystko, odrzeć z komercji i fałszu, zobaczyć na czym się stoi i gdzie nas to zaprowadzi. Ot, takie zawołanie przed-wigilijne.
0 comments:
Prześlij komentarz