wtorek
Odkrycie muzyczne: Jeff Buckley. Cóż, z jego twórczością zetknęłam sie już parę lat temu, jednak poza klasycznym umiłowaniem do utworu "Grace", nie próbowałam szerzej poznać jego dyskografię. W zeszłym tygodniu, tknięta nie wiadomo czym (wszak odmęty mojego umysłu zawsze fascynowały logików całego świata) pomyślałam sobie--> Jeff Buckley... I wonder if he's a one-song artist.
Tak sobie jakoś ułożyłam, że nim zacznie się przypisywać artystów do różnych nurtów i gatunków, nim określi się ich tonacje i brzmienia, trzeba dokonać bardzo prostego podziału: czy wykonawca jest artystą jednej piosenki? Czy też może więcej jego utworów zasługuje na miano ponadczasowych i Prawdziwie Wielkich?
Jeff Buckley bez wątpienia zasługuje na na miano artysty wielu piosenek. On top of that, jego życie można opowiadać jak anegdotę, za co należy mu się bonus punktowy w moim rankingu wspaniałości artystycznej (skala bardzo prosta: 1-10, no i oczywiście 20 dla Interpolu.)
Jeff Buckley przyszedł na świat 17 listopada 1966 roku, w Kalifornii. Dorastał w rodzinie swojej matki i Rona Moorheada, ojczyma. Nigdy nie był blisko ze swoim biologicznym ojcem, Timem Buckleyem, znanym artystą sceny jazzowo folkowej. Po rozwodzie rodziców został z matką, ojciec był bowiem zajęty trasami koncertowymi po całej Ameryce. Nosił nazwisko ojczyma, aż do tragicznej śmierci Tima Buckleya w 1975 roku (w wyniku przedawkowania narkotyków), kiedy to postanowił przybrać jego nazwisko. Jeff od najmłodszych lat przebywał w wysoko "artystycznym" otoczeniu. Jego ojczym zapoznał go z tak wielkimi sławami jak Led Zeppelin, The Who, Pink Floyd i Jimi Henrix. Od szóstego roku życia Jeff uczył się grać na gitarze, zaś mając lat 12, postanowił, że zostanie profesjonalnym muzykiem. Uczęszczał nawet na studia muzyczne, które nie dały mu jednak tego, czego od nich oczekiwał. Lata dziewięćdziesiąte dwudziestego wieku to dla Buckleya czas poszukiwań. Próbuje różnych gatunków muzycznych, smakuje w różnorodnych muzycznych klimatach. W połowie 1993 roku, Buckley zaczyna pracę nad swoim pierwszym albumem: Grace. Płyta, choć mało popularna w rozgłośniach radiowych, otrzymała wspaniałe recenzje od krytyków. Muzyk przez kolejne 3 lata promował swój album. Po powrocie z trasy, zaczął pracę nad swoim drugim albumem: Sketches for My Sweetheart the Drunk. Płyta powstała, Buckley nie był jednak w pełni zadowolony z jej rezultatu. Dlatego też umówił się ze swoim zespołem na sesję poprawkową, tak by już oszlifowany album mógł zostać opublikowany. Sesja miała odbyć się 29 maja 1997 roku. Dzień przed, Jeff Buckley poszedł popływać w Wolf River Harbor. Mając na sobie całe swoje ubranie i buty, muzyk wszedł do wody, śpiewając "Whole Lotta Love" Zeppelinów. Jak zeznał jedyny świadek tego wydarzenia, Keith Foti (jeden z muzyków należących do zespołu Jeffa), to był ostatni moment, kiedy widział Buckleya żywego. Parę chwil później, kiedy Foti próbował go odnaleźć, nie widział już niczego poza wodą. Mimo dramatycznych poszukiwań, Buckleya nie udało się odnaleźć. 4 czerwca jego ciało zostało odnalezione przez turystę. Został skremowany kilka dni później. Wiele było plotek na temat prawdziwych przyczyn śmierci muzyka. Spekulacje na temat problemów Buckleya z narkotykami i ewentualną depresją zostały zdementowane przez jego matkę:
Jeff Buckley's death was not "mysterious," related to drugs, alcohol, or suicide. We have a police report, a medical examiner's report, and an eye witness to prove that it was an accidental drowning, and that Mr. Buckley was in a good frame of mind prior to the accidentBuckley zapisał się na kartach historii muzyki jako niezwykle utalentowany wokalista i wykonawca. Jego głos, czasem czysty i iście niebiański, miejscami przyprawiał słuchaczy o niewypowiedziany ból. Dwie płyty, które po sobie pozostawił przez wielu uważane są za jedne z największych osiągnięć muzycznych dwudziestego wieku.
For your viewing pleasure:
i na deser mój ulubiony K.K.
2 comments:
monroe/ nie przeczytalam calego jego zyciorysu, ale ja odnosnie artystow jednej piosenki - wszak jest kilku takich, bez ktorych byloby INACZEJ w muzycznym swiatku, np. " Show must go on", albo 4 Non Blondes - "What's going on?"(jeden z mych ukochanych songow)(byc moze nagraly tez pare innych,ale swiat uslyszal chyba ta jedna piosenke), itp :]
moja kochana monroe- po pierwsze, nie umniejszam znaczenia artystów jednego utworu- sama mam ich na mojej mp3 milion i bez ich pieśni mój dzień byłby uboższy. A po drugie- Show must go on została napisana i wykonana przez jedną z największych grup wszech czasów, Queenów! Mają milion Wielkich Pieśni! Pozdrawiam:*
Prześlij komentarz