czwartek


Obserwacja- jako dziecko wychowane na wsi, żywię głęboką niechęć do tego miejsca. To znaczy- jasne, fajnie jest mieć cały swój dom, ogródek, spokój i ciszę (choć przeklęta ptaszyna, która zawsze mnie budzi o 7.30 rano zdecydowanie psuje to ostatnie) ale w gruncie rzeczy, jestem raczej miastową dziewczyną. Lubię rytm miasta, to w jaki sposób oddychają ulice, aktywność i DZIAŁANIE. Wieś przeraża mnie i męczy. Jest dobra na miesiąc maksymalnie, potem człowiek ma ochotę na szybką ucieczkę, choćby starym traktorem. Co ciekawe- z siedmiu osób, z którymi chodziłam do klasy z mojej wsi, bezpośrednio po ukończeniu osiemnastego roku życia 6 zrobiło sobie prawo jazdy (rozszerzając pole ucieczki). Pozostała osoba również chciała robić, ale nie otrzymała wsparcia finansowego od rodziców. Co do mnie, myślę sobie, że jeśli Pan Los będzie złośliwy, to wepchnie mnie do domu rodzinnego. Jeśli zaś uśmiechnie się choć trochę, będę sobie mogła spokojnie żyć w mieście, ograniczając kontakt z wsią do nieczęstych odwiedzin u rodziców... W każdym bądź razie, zobaczymy how things will go. Póki co jestem tu gdzie jestem, skąd odjeżdżają cztery autobusy, dojeżdża jeszcze mniej (ostatni o 16.), gdzie nic nie można robić, a jedyne okno na świat potrzebuje PRĄDU. Nie żaląc się ani minuty dłużej: good night, and good luck.

*zdjęcie domku w którym actually MOGŁABYM mieszkać z serwisu undiscoveredscotland.co.uk

0 comments: