niedziela

Najlepsza jest jesień, powiedziałem Ci
Ulice szarzeją wtedy bardziej niż my,
Jesteśmy jak dzieci, zupełnie niedorośli,
Jak zagubieni bracia- koniec!


w ten weekend mam wielką fazę na t.love. i tak mi dobrze wsłuchać się w deszczowość ich tekstów, i powoli, powoli odnajdywać różne skrawki siebie tam gdzieś poukrywane. myślę sobie, że moją najpierwszą naturą jest melancholia. ten czas samotny, czas dickensa i scotta, czas staroświecki. a jesień jest najlepszą dla mnie porą roku. bo wtedy, w jej czas, nie przebija moja natura na zewnątrz. jest cudownie stopiona z pogodą. i nie mam się czym martwić, że nie pasuję do idei słońca i radości. moje depresje zawsze przypadają na czas lata.

pomyślałam sobie, że to będzie bardzo długa notka. jutro rano wracam do Opo [jakże pięknie brzmi: wracam, nie 'jadę'. tak jakby idea domu już w mojej głowie została przeniesiona, jakby kolejne sznureczki zostały pozrywane]. a w opo nie mam netu więc długo nie będzie pisania. póki co więc, wypisać się muszę.

chciałabym się wybijać z tłumu, jakkolwiek. tak się wybijać, jak wybijają się naprawdę wspaniali ludzie. bardzo bym chciała mieć taką cechę. coś co sprawia, że jestem szczególna. wyraźna. nie lubię poczucia bycia zamazanym. takie uczucie mam zawsze, gdy ktoś komu się przedstawiam nie pamięta mojego imienia, albo gdy mówię komuś coś cholernie dla mnie ważnego, a ten ktoś tego potem nie pamięta. mam wtedy fizyczne wrażenie, że robię się coraz bardziej przeźroczysta. dlatego tak bardzo mnie ucieszyło, gdy pan W. wiedział, że na chrzcie nazwano mnie joanną nie anią, choć karteczka przede mną wyraźnie wskazywała na to drugie.

choć mam takie całe nowe życie, brakuje mi kawałków starego. godzinnych dyskusji o niczym. czytania najbardziej nieistotnych bzdet jakie wyprodukował internet, pisania gópotek, wsłuchiwania się we własny oddech i muzykę, poranków z muzyką i gazetką, braku konieczności rozmowy, zajmowania się, zauważania, iścia gdzieś tylko w rytm muzyki, długiego czytania wieczorami. trochę to jest tak, jakbym się odzierała z kolejnych części mnie.

ostatnio na angielskim [bo co innego na nim mam robić] zastanawiałam się, jak się leczy połamane serca, zepsutych ludzi, nieodwracalne zniszczenia. czy jeśli ktoś kogoś pokocha, tak pokocha jak kocha się w najpiękniejszych poematach nerudy, i ten ktoś pokochany zrobi kochającemu wielką krzywdę, zadrwi, ośmieszy, czy też po prostu da nadzieję po czym zdepcze ją brutalnie [pozostawiając cienki płomyk dla samego udręczenia], to czy jest jakaś rada na to, by pokochać znowu? czy to możliwe, że są na świecie ludzie pourywani, już do nikogo niedopasowani, ludzie zniszczeni tak, że nie ma dla nich ratunku?

mam małe wytyczne co to tego, jakim człowiekiem chciałabym być. łapię się często na łamaniu tych wytycznych, na przechodzeniu na drugą stronę rzeczy, na wielkim wyrzucie sumienia. z tego wyzwanie na ten tydzień: przeżyć go całkowicie w zgodzie ze sobą i swoimi przekonaniami.

inna obserwacja- wielu mężczyzn jest cholernie stereotypowa i przewidywalna. wielu mężczyzn można omamić i okręcić wokół palca. wielu mężczyzn przyciąga bezradność, do tego stopnia, że nie widzą odcieni jej sztuczności. chciałoby się poznać Pana, który dostrzeże potencjał w tym, co jeszcze nie odkryte. przejrzy przez płaszcze sztuczności i wyszczególni to, co tak naprawdę ważne.

nie dobrze jest być za grzecznym i uczynnym. nazywam to czasem 'cholernym dżentelmeństwem' albo 'irytującą pomocnością'. przytłacza mnie takie coś. kiedy ktoś narzuca mi swoją pomoc na milion sposobów i odcieni. swoją pomocą mnie osacza. jednak wszystko ma swoje granice. nadgorliwość w każdą stronę jest niedobra.

kiedyś pewien bardzo bliski memu sercu Pan, napisał do mnie takie coś: 'ha, co za myśl filozoficzna- jesteśmy wolni, nieszczęśliwymi możemy więc być do woli'. Zdanie to jest mi wielką pociechą i ostoją w czas burz. to poczucie, że mój los jest mój i moje nieszczęście jest moim tylko i właśnie, czyni z każdej sytuacji coś o wiele bardziej znośnego.

wystrzelcie do mnie torpedę miłości
pamięć to dziwna rzecz. pamiętam że ten fragment piosenki był omawiany przeze mnie, U. i Ł. w Art Cafe podczas jednego z naszych samotnych piątków. wtarło się to we mnie niesłychanie mocno. U. miała Ł. zapisanego w komci w taki sposób bodaj. szczegółów nie znam. ale wiem że to był art. i wiem że to były cholernie fajne czasy.

no, dość smętów.

ja stjudentka, pierwawa kursa jazyka djelawowa absjenia Opolskawa uniwersitieta!

4 comments:

Ula pisze...

czytalismy wczoraj z Lukiem te notke i jakos tak nam sie milo zrobilo jak doszlismy do kawalka o nas, ze hoho :)

Anonimowy pisze...

ja poprosze wiecej o studiach.... :D a twoja sztuka mi sie podoba bardzzzzooo, takie tez w prajekcie harem były i były arrr... a co z haremem się stało.? ;>

Anonimowy pisze...

łe,wiec znow jakies dni bez Twoich notek? :(

Anek pisze...

Ul- no, mi też się miło zrobiło jak o tym pomyślałam;) to były takie fajne dni, takie pierwsze przyjaźniane kroki i w ogóle:)

s-h- o bejbe, o studiach nie będę zanudzać:) zawsze mnie nudziły te historie starszych, którzy wtłaczali imiona osób nikomu nie znanych i z nich budowali historie na pół strony

monroe- ja nie mogę więc Ty pisz dużo:)