piątek


Ok, panie i panowie, to już oficjalne. Yours truly w końcu zwariowała, sfiksowała na całej linii- jakkolwiek chcecie to nazwać, STAŁO SIĘ. Dlaczego? Skąd taka konkluzja? Otóż, w przypływie mojego nowo odkrytego szaleństwa, postanowiłam dzisiaj...... zagrać na pianinie. Ci z Was, którzy znają moją skromną osobę, w tym właśnie momencie zamarli, wypluli dotąd przeżuwany pokarm, lub właśnie szukają mi numeru do naprawdę dobrego psychologa. Ja NIE GRAM na pianinie. Od kiedy wiele lat temu, po ośmiu latach mordęgi i codziennego -ćwicz! -nie! -ćwicz!! -#$%^$^ ukończyłam swoje ognisko muzyczne, nie tykam się tego instrumentu. Patrzę na niego z lekką dozą nienawiści, myślę o wielu metodach sabotowania, ale z całą pewnością sobie nie pogrywam. Ale dziś? Dziś w ogóle jest dziwny dzień. Moim błędem było zawędrowanie do living roomu. Tam bowiem stoi maszyna zniszczenia. Poszłam zobaczyć co nowego w Modzie na Sukces, po ponad rocznej przerwie w moim oglądaniu. Nic nowego, Mejsi wróciła magicznie, Brook ma nowego lover boja i ogólny syf i katastrofa, czyli jak zawsze. Dwa odcinki the worlds longest series of all times dobiegły końca, i yours truly niewinnie spojrzała w bok. Stało tam, łypiąc, narzędzie moich wieloletnich tortur. Podeszłam. Nie było krzesła. Poszłam po krzesło. Znalazłam nuty (ktoś bardzo sprytnie zostawił je na wierzchu) no i zaczęłam grać. Po czterdziestu minutach zerwałam się niby oparzona, ze świadomością, że coś jest nie tak. To tak, jak wtedy, kiedy Lorelai Gilmore zjadła jabłko. Strange.

2 comments:

Anonimowy pisze...

dziś jest ponoć najszczęśliwszy dzień w roku. kto wie, może granie sprawi, że będziesz szczęśliwsza :)

Anonimowy pisze...

po prostu nie wierzę :)
ile razy ja próbowałam Cię naciągnąć na kawałeczek kawałeczka... ;)