piątek

[i'm so excited! napisałam już 100 notek tutaj:) jestem niezmiernie dumna, etc. ]

Może najpierw o mojej przygodzie pociągowej. Zawsze jak w piątek jadę do domu, to muszę się liczyć z nieprzyjemnościami- pociąg na linii opole-kędzierzyn zawsze-zawsze jest okropny, pełen ludzi i pozbawiony powietrza. Dziś nie było inaczej. Jak zwykle stałyśmy z D. w przejściu między przedziałami, podobnie jak 9 innych ludzików. Postanowiłam sobie umilić podróż zamykając się w swoim świecie. Wiadomo- muzyczka i przymknięte oczy, zestaw na każdy zły dzień/moment mojego życia. Nie spodziewałam się tylko, że usnę na stojąco. Tak się stało niestety.... i nadszedł moment bezwładności..... i poleciałam na dół..... i się musiałam złapać rułki..... i wszyscy na mnie spojrzeli z politowaniem..... Najpierw oczywiście, w momencie mojego 'lotu w dół' współpasażerowie odsunęli się ode mnie [dobrze to wróży każdej osobie, która zdecydowałaby się na zemdlenie w pociągu- rozbita głowa jak nic, naród Cię nie wesprze]. Potem musiałam się schować za moją burzą włosów, tak się na mnie dziwnie patrzyli. Jedyne co do mnie dochodziło to chichot D., która doskonale wiedziała co było przyczyną mojego niedoszłego upadku. Mental note: nie śpij Aniu w pociągu, a już na pewno nie na stojąco!

Z innych motywów: w przyszły czwartek mam znów zajęcia z olgą te. niby to powinno mnie radować, ale mówiąc szczerze, jakoś mnie bierze na przeklinanie. muszę znowu spłodzić pseudo dzieło. tym razem PORTRET. Ju-hu.

Miły pan na uniwersytecie dał mi skorzystać ze swojego kredytu na ksero. Bóg Ci zapłać, dobry panie.

Mój egzamin z rosyjskiego zbliża się w bardzo zastraszającym tempie, ja zaś czuję bardziej niż kiedykolwiek, że nic a nic nie umiem. W ramach postanowienia, czytam sobie codziennie 40 minut teksty różniste, rozbawiając wszystkich dookoła przesadnym akcentowaniem, i dziwnymi zbitkami głosek które wytwarzam na poczekaniu. Ponadto wraz z moimi współlokatorami powoli i stopniowo uczę się podstaw rosyjskiej gramatyki. Niektóre rzeczy chyba będą mnie męczyć po nocach...

A propos męczenia po nocach. Dziwne sny ostatnio mnie nawiedzają. Dzisiejszy był taki, że biegłam gdzieś uciekając. W pewnym momencie zaczęłam biec przez jakąś stodołę, i wtedy puściło się za mną stado maleńkich nietoperzy, wplątując mi się we włosy. Pełno tego brzydactwa zaplątało mi się tam, więc z szopą wielką jak teksas chodziłam po świecie. Daria powiedziała, że nie ma innego sposobu- trzeba mi je wyczesać [choć się ruszają i ogólnie zmierzają do rozkruszenia mi czaszki]. Paweł jej przyklasnął, i tak już razem, moi wspaniali współlokatorzy wyczesywali mi nietoperze z włosów. No to kto się pokusi o analizę?

Inny sen dotyczył tajemniczego pana K. który od czasu jakiegoś zaprząta mi myśli. Dla tych co nie wiedzą, K. to pan opiekun w domu pomocy społecznej, gdzie chodzę sobie na wolontariat. K. zakochał sie w D., która go nie chciała z racji posiadania już chłopca. Ja zaś wytworzyłam z nim dziwną relację: ni to przyjaźń, ni niewinny flirt. I on mówił mi o tym, jak to niedobrze być wolontariuszem i jak przez to, że tam chodzę staram się być bardziej papieska niż papież. Ostatnio tego zwrotu użył w odniesieniu do mnie fizyk z gimnazjum, gdy opisałam w 50 punktach doświadczenie z wodą. Nie mam pojęcia czemu użył je K. Sen był dziwny także i z tego powodu, że K. rezygnował z pracy w domu opieki, na rzecz bycia średniowiecznym rycerzem na promocjach czipsów w realu, bądź innym przybytku sklepowym. K. następnego dnia nie był w pracy, co dodatkowo mnie zaniepokoiło.

Dom opieki w ogóle jest dziwny. Jest tam na przykład Pani, która chce bardzo dać nam paczkę ciastek. Ilekroć do niej przychodzimy, staruszka wciska nam delicje. Ciągle ta sama paczuszka [również potencjalny element straszący mnie po nocach]. Jako, że pani nie widzi, zawsze zręcznie dajemy jej te ciasteczka z powrotem do szuflady.

Kupiliśmy sobie grilla. Mały, czerwono czarny i za 17 złotych w biedronce. Byłam sobie z Pawłem tamże kupić kilka niezbędności na wieczór filmowy, jakoś tak nam wpadł w oko, i kupiliśmy. Stojąc już przy kasie zauważyłam, że w gazetce telewizyjnej biedronki, na samej okładce jest Ridż z Mody na Sukces. Próbując przekonać Pawła do tak przyjemnego zakupu, machnęłam w stronę Ridża ręką, prawie że uderzając w wino żula który stał w kolejce za nami. Pan popatrzył na mnie i broniąc jedną ręką butelki, powiedział:
-Niech panienka tak nie wymachuje ta ręką jak pałeczką jakąś. Jak ten cały.....
-Dyrygent-mówię- Rubik- próbuję dalej.
-...Wołodyjowski szabelką!
Śmiech ogólny. Pan kontynuuje wywód:
-No... bo w ogóle w panience to chyba jest jakaś taka krew.... góralska
-Koleżanka nie z gór. Ale może jakiś przodek- podsuwa ledwo stojący na nogach ze śmiechu Paweł
- Przodek? Przodek to był niczego sobie....-mówi żul patrząc na mnie przepitymi oczkami.
Paweł umiera ze śmiechu. Pan bierze naszą ciszę za dobry znak, i mówi:
-No... Dziewczynę to masz kolego niczego sobie. Fajna jest!
Po takim komplemencie nie pozostało już nic innego jak wyjść ze sklepu. Z moim "chłopcem" wspieraliśmy się całą drogę, żeby nie upaść gdzieś ze śmiechu. Pan żul został przez nas nazwany Zdzisiem i tak też nazywa się nasz grill. Anyone cares for a sausage?

Czytam Frankenstaina. Chyba trochę odbija się to na mojej głowie.

4 comments:

Ula pisze...

Pan Zul - super postac :D

Anek pisze...

też mi się spodobał:) najlepsze było 'wolodyjowski szabelką':D

Anonimowy pisze...

monroe/a mi z calej notatki podoba się porownanie - ze cos /w tym przypadku-szopa Twa/ JEST WIELKIE JAK TEKSAS :D zamierzam używac!

Anonimowy pisze...

zupełnie bez związku - :)* hugs!
(czyli darmowy i dobrowolny pakiet pozytywu)