niedziela
Obserwacja z kilku dni ostatnich: smutek, melancholia etc. Ten stan zawieszenia w danym punkcie przestrzeni, wpatrywania się nie w jedną rzecz, a właśnie w jakiś taki całokształt rozmyty. Co do obserwacji: masakrycznie wielu ludzi szufladkuje smutek pod etykietką: zły, nieprzyjemny, odrzucający, niszczący. Zupełnie niepotrzebnie. Ja np. bardzo smutku potrzebuję, jest jakby nieodłączną częścią moich mijających tygodni. Potrzeba mi zawsze paru chwil, by wysmucić się tak szalenie i do końca, oddać się takiemu siedzeniu w oknie i patrzeniu na to co jest za nim, i jednocześnie na niewidzeniu tego właśnie, lecz całych oceanów innych rzeczy magicznie ze mną połączonych. Bez tego, bez tej chwili odnajdywania równowagi w świadomym rozpoznaniu swoich emocji i potrzeb, jestem zupełnie roztrojona. Myślę sobie, że w dużym stopniu to jest właśnie to nasze całe szukanie prany.
Bo z praną to jest tak:
kiedyś kiedyś [jak świecący diament] dawno dawno ćwiczyłam sobie namiętnie jogę i interesowałam się filozofiami przeróżnymi. i właśnie w książce o jodze odnalazłam sobie termin prana. Cytując za wikipedią:
Prana (प्राण, prāṇa) is a Sanskrit word that refers to a vital, life-sustaining force of living beings and vital energy in natural processes of the universe.
ogólnie rzecz pojmując, potocznie praną nazywam moja życiową siłę, energię, twórczość itd. żeby jej przepływ został zachowany, człowiek musi wieść życie odpowiednio wyważone. To znaczy: każdy z nas ma określone zapotrzebowanie na konkretne emocje, i w ciągu mijających tygodni musi zachować równowagę tego zapotrzebowania, inaczej nic nam się nie chce, jest nam źle i tragicznie i nie ma siły na nic. I wtedy prany trzeba poszukać. Albo wyciszając się, albo dostarczając sobie odpowiedniej emocji. mi ostatnio szalenie brakuje smutku, bo przebywając sobie w opo mało czasu jest na smucenie się i przemyśliwanie spraw.
przed jednym z wielkich kolokwiów ze słówek, gdy nosiło mnie po kątach i mózg zajmował się wszystkim tylko nie nauką, rzuciłam zeszytem w kąt oświadczając moim współlokatorką, że idę szukać prany. Jedna z nich nie zrozumiała, źle usłyszała i ogólnie się przeraziła. Stała taka, zupełnie zadziwiona, pytając raz po raz: po co Ania szuka prania?
Wyjaśniłam jej całą sprawę, i od tej pory w naszym mieszkaniu obowiązuje termin szukania prania. Prania szukamy zawsze-zawsze gdy nie mamy ochoty wziąć się za siebie i świat. Zazwyczaj wyciszamy się przy wielce melancholijnych dźwiękach i przy mojej kawowej świeczce, przy otwartym oknie i zgaszonym świetle patrzymy w ogień i nie mówimy nic a nic. Czasem robię to sama, słuchając muzyki która dotyka mnie w środku, i smucąc się po swojemu.
Anyway, jest mi to potrzebne do zachowania równowagi. Bez tego zaczynam się irytować na ludzi. Zaczynam się irytować na siebie. I wszystko-wszystko bierze w łeb.
Dla chętnych na seans niedzielnego wyciszenia, jedna z najlepszych piosenek do tego stworzonych, czyli Interpol i "NYC"
i mały bonus, czyli interesting article z New York Timesa, o smutku właśnie.
indżoj pliz
Dlatego trzeba się chyba zastanawiać, czy trzeba ludzi pocieszać zawsze-zawsze. Mnie na przykład często irytuje pytanie: co się stało? co ci jest? czemu się smucisz?
Nie można identyfikować przyczyn czegoś tak ulotnego i niefizycznego jak ten szczególny rodzaj smutku. nie można o tym mówić, jak o ziemniakach na obiad. nie można tego poruszyć, bo cała konstrukcja runie i zostanie się z całym stosem krzywych patyczków, które tworzą jakąś część nas.
0 comments:
Prześlij komentarz