sobota
Wczoraj zrobiłam sobie wieczorek filmowy z Matrixem: Reaktywacją. Doszłam do wniosku, że albo się starzeję, albo samoświadomość mi się podwyższa. Otóż: zawsze bardzo gardziłam kinem akcji, efektywnymi pościgami, wielominutowymi walkami, manewrami z bronią. Podświadomie odrzucałam tego typu rozrywki, jako niezgodne z wizerunkiem 'mnie'-> świadomej intelektualistki. I choć jakiś pociąg i zamiłowanie do rozrywki niskiej można było zauważyć w mojej miłości do Quentina Tarantino, to reszta gatunku zdecydowanie odpadała. I nie była to poza. Raczej silna autosugestia. Tak silna, że patrząc na tego typu kino naprawdę się męczyłam. Ale wczoraj, oglądając Matrixa 2, film przesycony różnymi dziwnymi scenami pościgów i walk, doszłam do wniosku, że cholera, it's so amusing! Całe półtorej godziny filmu spędziłam na beztroskim zachwycie kolejnymi scenami, nie doszukując się NAD-sensów i NAD-prawd.
Kino pozornie "śmieciowe" ma rację bytu. Patrząc na kolejne pościgi, sceny walk i rzezi, naprawdę można odpocząć. Można wyłączyć mózg i zachwycić się prostotą ludzkich reakcji. I nie ważne że NIE JEST FIZYCZNIE MOŻLIWE, to co np. robi James Bond z czołgiem w jednej z części. Sam pomysł is so much fun!
Let's embrace the tragedy.
0 comments:
Prześlij komentarz