poniedziałek
Mam dokładnie 90 piosenek Interpolu. 32 piosenki to nagrania z oficjalnych albumów, 5 piosenek to utwory pisane na potrzeby czegoś/ nie znajdujące się na płytach, reszta to wariacje na temat albumowych cudeniek. Z tego zbioru jakieś 5 piosenek nie przypadło mi z różnych powodów do gustu. Pięć piosenek na 90. To jest wyznacznik czegoś co dotknęło mojej duszy. Kiedy większość rzeczy z tym związanych mi odpowiada, porusza mnie i zaskakuje wciąż od nowa. Nie ważne ile upłynęło czasu.
Można to nazwać metodą wyznaczania rzeczy. 5:90. Czemu o tym piszę? Bo dziś odebrałam bardzo dziwny telefon- abstrahując od faktu, że mój rozmówca miał bardzo dziwną wadę wymowy, nie do końca wymawiał słowa i skupiał się bardzo na zachowaniu jak najlepszej fonii literek "ą" i "ę" w swojej wypowiedzi. Interesujące było to co miał mi do powiedzenia. Przyjęli mnie na MISH do Krakowa. Z rezerwy. I nigdy nie czułam się smutniej. Nie umiem tego wyjaśnić. To jest jak wtedy, kiedy nagle się budzisz, pewnego dnia, i jest inaczej. W głowie był poukładany PLAN. Coś na co się przystało myślami, i te myśli cieszyły się na myśl o tym planie. Plan został trochę zasugerowany przez Tajemniczego Pana Los.
[wyobrażam sobie to tak: Pan Los, ten sam piękny i tajemniczy, dziś ma na sobie koszulę a na tym bezrękawnik w romby. I oczywiście czarne jeansy i marynarkę. Siada obok mnie na parkowej ławce, pochyla się i szepce mi do ucha: 'Załatwiłem to. Nie będzie Krakowa. Nie będzie Katowic. Choć mogą być. Będzie Opole. I będzie dobrze. Musisz mi tylko zaufać. To jest plan. Potem wszystko się zmieni, ale musisz tylko się na to zgodzić". Potem Pan Los uśmiecha się i czochrze mi włosy. Wstaje i odchodzi. A ja dostaję wiadomość z Katowic i wiadomość z Krakowa, że nie chcą mnie. I jestem w Opolu. Ale teraz, czas minął i okazało się, że w Katowicach źle policzyli mi punkty, i jeśli się odwołam to mnie przyjmą. I dziś dzwonił pan z Krakowa i też mnie chcą.]
I coś jest nie tak, od rana. Kawa smakuje inaczej. Budzę się zbyt późno. K. przychodzi do mnie o 14.21, choć umówione byłyśmy o wiele wcześniej. W lodówce nie ma nic prócz sera. Wszędzie widzę małe znaki, które daje mi Pan Los, by nie zepsuć planu. Ale to jest takie kuszące. Bo przecież Kraków to nie byle co. Tylko dlaczego każda komórka w moim ciele krzyczy że nie chce? Wewnętrzna awersja. To tak jakbym miała kilka warstw siebie pod skórą. Próżna ambitna, pełna Tatarkiewicza ja i ja, która czyta Terrego Prachetta i nie chce robić nic daleko/nic męcząco/nic na siłę. I teraz nie wiem która to ja-ja. Ja-ja to chyba alter ego wszystkich tych, to ja która jest interpolowa. Albo to wszystko nie ważne.
Ale wspomniałam o 5:90. Jeśli 5:90 nie kłamie, to moje bebechy mówią mi dobrze. Mówią mi Opole. Jeśli kłamie, to walić wszystko.
4 comments:
nasze zycie jest takie,jakim czynia go nasze mysli./marek aureliusz
wiec mysl dobrze,a wtedy w zyciu tez wszystko bedzie dobrze! (chyba?)
nie wiem czy takie myślenie zaprowadziło go zbyt daleko... przede wszystkim, zmarł na dżumę, czyli nic pięknego. po za tym, jego rządy przypadły na jeden z gorszych czasów w dziejach Rzymu, nie miał więc za łatwo;] może ta maksyma więc nie działa? pozdr monroe, gdzie masz bloga?
Moje marzenia miały spełnić się w Poznaniu, ale był za daleko, więc trochę Cię rozumiem... Z drugiej jednak strony swój kierunek mogłabym studiować w swoim mieście, ale to już było za blisko ;)
Warto wypośrodkować, w końcu wszystkie drogi prowadzą do domu, czasem nawet życzliwi kierowcy autobusów sami nas tam zawożą ;)
dobrze to czytać:) dziękuję. takiego poklepania po plechach było mi trzeba:)
Prześlij komentarz