czwartek

Romanse. Strasznie interesuje mnie obserwowanie ich zawiązania i rozwoju. Śmieją się ze mnie współlokatorzy, że jestem wieczną swatką, że łączę ludzi w pary zawsze i wszędzie, i że to dobrym być nie może. Ale nie zgadzam się. Wszyscy chodzą sobie ulicami miast, zmierzając dokądś. Większość z nich szczerze gardzi samotnością podróży, i chce móc choć na jakiś czas poczuć czyjeś kroki obok swoich. A ja widzę dobrze w ich oczach, jak bardzo zmęczeni są tym marszem. A potem, kiedy nawet spotykają odpowiednich piechurów do wspólnej wędrówki, zwykle odzywa się w nich mechanizm obronny: to przecież moja podróż, ale przecież on/a nie sprosta wyzwaniu, nie jest dość taka. Tak już się poukładał ten świat- popkultura pomieszała nam zmysły, zawróciła w głowie, i nikt już nie wydaje się dobrym partnerem do iścia, bo przecież w filmie pokazano inaczej, a piosenka śpiewała o podróży z kimś niebieskookim. I ja mam taką misję chyba w życiu, by brutalnie przywracać wędrowców do rzeczywistości. By ich wyśmiać szczerze i zmusić do pierwszych paru kilometrów, po których sami przekonują się, że faktycznie, dobrze się idzie razem. Możliwości są przecież miliony. And don't forget that.

2 comments:

grimo-ire pisze...

Bo ludzie faktycznie, hm, może nie wydziwiają, ale są tacy spłoszeni i niezdecydowani. Choć w drugą stronę też źle, znam jednego, który od razu zakochuje się bez pamięci, obsypuje kwiatami, a potem marynuje rozstania w wódce i tytoniu.

wiercipieta pisze...

Czytam Cię i przed oczyma staje Twój obraz sprzed dwóch lat - ZERO zmian (i nie mówię wcale, że to źle ;) )
A kiedy znajdzie się ktoś taki, kto Ciebie mocno w dupę kopnie do zrobienia tych paru wspólnych pierwszych kroków?