poniedziałek

A dziś będę pisać przy Ryanie Adamsie, przy Wonderwallu. To że komunikacja międzyludzka śmierdzi, wspominałam już jakiś czas temu. Dzisiejszy dzień był wspaniałym tego potwierdzeniem. Człowiek nie zdaje sobie nawet sprawy, jak bardzo raniące mogą być słowa, które on traktuje normalnie. Jak wiele można zepsuć rzeczywistość w której się znajdujemy, wypowiadając niektóre zdania. Ale najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie możemy wiedzieć (przewidzieć), jak na nasze słowa zareaguje strona przeciwna. I tak udało mi się dziś doprowadzić do łez kogoś, kogo bardzo lubię. I nie czuję się wcale winna, bo nie miałam pojęcia, że to dotknie tę osobę. Piszę: nie czuję się winna. Ale to jest trochę inaczej. Czuję moralnego kaca, bo osoba jest wspaniała, ale usprawiedliwiam się jednocześnie dziko swoją niewiedzą. I jeszcze raz apeluję: mówić sobie rzeczy, tak by jasne wszystko było, jak w piosenkach t.lovu.

1 comments:

Anonimowy pisze...

Okazało się niedawno, że kiedyś dotknęłam kogoś bardzo spojrzeniem. Ponoć było porozumiewawcze i pobłażliwe, jakby podszyte głupawym uśmieszkiem. Nie lubię się dowiadywać takich rzeczy, bo właśnie o to chodzi, że nie czuje się swojej winy. Powinno się mówić - Ej ty, dotknęło mnie to. - Och, przepraszam, to nie był mój zamiar. -Dobrze, teraz już w porządku. A nie jeszcze upierać się przy słuszności swego poczucia bycia obrażonym. Albo też iść w zaparte i za nic nie chcieć przeprosić. Choć to w sumie kwestia dyskusyjna ;)