czwartek

No to teraz o książce- jak już wspominałam, od jakiegoś czasu czytałam sobie "Frankensteina" Mary Shelley. Czytałam w oryginale, bo [i tutaj rozbój w biały dzień] taniej było zaopatrzyć się w mini książkę z serii Penguin Classics niż w polski przekład [różnica 15 złotych...]. Zacznijmy jednak od samej autorki.

Pokochała żonatego mężczyznę- Percego Shelleya, który odwzajemnił jej uczucie. Para uciekła by być razem, przeczekała do śmierci żony poety i potem bez przeszkód już zawarła związek małżeński. Podobno kochali się aż do śmierci. Pięknie.
O jej życiu dowiedziałam się, kiedy pracowałam nad moją prezentacją maturalną o wampirach. Ciekawym faktem bowiem jest, że w czerwcu 1816 roku Mary Shelley, jej mąż i John Polidori [autor "Wampira"] odwiedzili swojego wspólnego przyjaciela, Lorda Byrona. Ten ostatni wymyślił osobliwą grę, by zabawić swoich gości. Jednego wieczoru, każde z nich, miało przedstawić reszcie opowieść grozy swojego autorstwa. Wtedy właśnie Byron wymyślił koncept "Wampira", który rozwinął i spisał później Polidori, a Mary Shelley wpadła na pomysł "Frankensteina". Jej mąż już od dawna popychał ją do pracy twórczej, mając zaś koncept, mogła swobodnie stworzyć swoje dzieło życia. I tak właśnie powstał "Frankenstein".

Książka jest dobra. Interesująca, dobrze napisana i przede wszystkim nie nudna. Urzekła mnie jej kompozycja- zaczyna się od kilku listów poszukiwacza przygód do swojej siostry. Poznajemy okoliczność jego wyprawy, oraz tło spotkania nieznajomego człowieka- jak się okazuje później, doktora Frankensteina. Potem, treść właściwa książki, spisana w 24 rozdziałach, jest opowieścią młodego doktora o błędach jego młodości. Młody poszukiwacz przygód tak jakby przedstawia ją swojej siostrze, przytaczając opowieść swojego towarzysza podróży. Książka kończy się na kolejnych listach podróżnika do siostry, w których zarówno ona jak i czytelnik otrzymują rozwiązanie całej historii. Czyta się jednym them, a wymuszone życiem przerwy w czytaniu uważa się za natrętne przeciwności losu. Co ciekawe, najczęściej stosowane słówko przez panią Shelley to "dotychczas". Nie wiem jakie słówko ja bym użyła w mojej powieści życia. Pewnie jakieś formy zaimka osobowego:] taka już moja natura.

W każdym razie, dzieło o potworze młodego naukowca oceniam jako 8.5/10.
I wielkie dzięki dla małżonka pisarki, za popychanie jej do pisania.

0 comments: