niedziela

no more boys. seriously. SERIOUSLY.
dostrzegam rozkład szczęśliwych związków dookoła, wszystkie moje stabilne punkty, latarnie morskie wśród ogólnego rozproszenia i dewastacji powoli gasną. ostatnio siedziałam sobie z pewną parą, uważaną przeze mnie za wielkie potwierdzenie tego, że miłość istnieje i ma się dobrze. i wszystkie ich rozmowy były dla mnie... niewłaściwe. odpowiedzi... olewcze. jakby szczęśliwość ich opuściła i pozostała codzienność. nie ma kłótni. nie ma krzyków. ale jest chorobliwa codzienność. nie chcę chorobliwej codzienności. koegzystencji. a codzienność jest.
po za tym inna dwójka właśnie zaczyna się łączyć, izolując się tym samym od innych. takie coś też jest niefajne. ogólny wniosek więc- no more boys. only me and myself.

7 comments:

Anonimowy pisze...

to ja podpisuje sie tez pod tym stwierdzeniem :] a izolowanie sie jest najgorsze, w taki wlasnie sposob moje przyjaznie ulegly... hm, ochlodzeniu, tudziez rozluznieniu :/
pozdrawiam chorą rękę!!

Ula pisze...

heh jedna moja znajoma chciala niedawno zerwac ze swoim chlopakiem, a tu on jej wreczyl pierscionek za stowke. no i problem. mysle, ze najlepiej byc wesolym singlem :]

Anonimowy pisze...

'no more boys'...
do zobaczenia na Twoim weselu :)

Anonimowy pisze...

a moj blog skonczyl 2 lata, ale jeszcze nie mowi do mnie 'mamo' :)

Anonimowy pisze...

stary, najbardziej na świecie nie lubię jak meredith mówi seriously :P
a ten chłopiec to pewnie chciał dostać zapomogę z uczelni dla młodych małżeństw :P

Anonimowy pisze...

zamiana miejsc.
teraz second-hand na:
www.looser.blog.pl

*pozdrawiam.!

Ula pisze...

bojsi sa nieprzewidywalni. ale dziewczeta tez... :]